Ort, styl, int, powt i co jeszcze?

Nigdy nie byłem i nie będę purystą językowym. Często używam form niewłaściwych. Bywa mi to wypominane, nie zawsze, ale bywa. Ale ile dałbym za to, by te swojskie i zadziorne “chłopaki” były formą należytą, a nie jakieś miękko-pulkowe “chłopcy”. “Chłopaków” pragnąłbym wynieść na piedestał i patrzeć jak prężą swoje piersi, cwałując za piłką łaciatą. Chwała, chwała, gloria!

Ale to się o dupę kanciatą rozbija, gdyż forma ta niewłaściwa i w ogóle jak to… ja, filolog, ja polonista od siedmiu boleści, od jednego kroku do przodu, a dwóch w tył, zachcianką chcę rewolucji tak drastycznej? Być nie może!

Hola, hola! Zacznijmy od początku. Czy mnie, poloniście, a może bardziej filologowi wypada? Czy wypada mi popełniać błędy językowe. Zdaje się, że powinienem być swoistym Strażnikiem Teksasu w tej dziedzinie. Ale chyba nigdy nim nie będę. Język według mnie ma wić się jak węgorz, puszczać się, robić te ucieszne skoki w bok.

Zatem wybaczcie mi moje błędy. Rażą was - trudno. Jeśli nie jestem ich świadomy - to źle. Jeśli jestem świadomy - to znowu w coś gram, próbuję ugrać, wygrać, przegrać, biec za łaciatą piłką, prężyć pierś ku chwal, ku glorii, ku sobie.

Licho

Kiedy dwie panie prześcigają się w wymysłach na mój temat i nie tylko mój, staram się być niewzruszony. Czy rzeczywiście jestem? Bynajmniej, ja tylko próbuję. Dobrze to? Źle to?

Sam się sobie dziwie, że reaguję na tę dziecinadę, buractwo, emocjonalne inwalidztwo, kretynizm, zakompleksienie. Ale 10 minut wszakże mnie nie zbawi, a napisać zawsze warto kilka słów. Jestem chyba zwyczajnie zawiedziony tymi osobami, bo aż tak źle one nie rokowały (przynajmniej jedna z nich). Na co im to? - nie wiem. Ta dziecinada (i jej podobne) o tyle by nie była zła, że w jakiś sposób tłumaczyłaby te panienki, a co z tego wynika i mnie byłoby łaskawiej spojrzeć na sytuację. Boję się tylko, że to coś gorszego. Licho przecież nie śpi!

Śmierć bloga.

Konanie bloga. Jak go dokonać i jak on sam może się dokonać?

Śmierć naturalna.
Najczęstszy przypadek. Wyrodny tata-autor w pewnym momencie zapomina o swoim dziecku. Ostatnia notka jest normalną notką i nie zapowiada, że będzie tą końcową. Użytkownicy nadal przez jakiś czas odwiedzają bloga, ale czują się zawiedzeni, a nawet oszukani. Ich sporadyczne prośby nie wpływają na autora. Brak stypy, wódka się nie leje, łzy też.

Śmierć z klepsydrą.
Z żalem donoszę, że w dniu 27 kwietnia 2008 roku blog mój umarł.
Podpisany: zięć bez córek.
Tu już autor zachowuje się bardziej fair wobec swoich czytelników. Przynajmniej z założenia nikt do nikogo nie powinien mieć pretensji. Ogólny patos i kiełbasa dziękczynna za to i owo. Trochę szkoda samego bloga, no ale nad rozlanym mlekiem ponoć się nie płacze.

Śmierć z fajerwerkiem.
Coś dla prawdziwych fanatyków i cybernetycznych maniaków. Przez ostatnie siedem dni przed zamknięciem bloga należy wysłać do jego użytkowników za pomocą dostępnych mediów treści prorocze, np. “za 6 dni świat się zmieni”. Wyraźne wykorzystanie efektu stłamszonego oczekiwania. Napięcie rośnie rośnie, a się okazuje, że to jakiś głupi blog upadł. Szkoda hałasu.

Śmierć deus ex machina.
Ni z dupy, ni z pietruchy administrator serwera usuwa konto i wszystkie dane. Generalny krzyk, widły i mordobicie.

A teraz wszyscy do sklepu po znicze i wieńce.

Butelki zwrotne

Jeśli ktoś w najbliższych dniach, przy okazji wolnego czasu, jaki daje nam INRI ze swoją śmiercią i zmartwychwstaniem, zapragnie wybrać się do kina, to ja polecam film produkcji czeskiej pod tytułem “Butelki zwrotne”. Raczej nie grają tego w multipleksach, dlatego polecam poznańskiego Amaranta - dobre kino w starym stylu z bardziej ambitnym repertuarem.

Odradzam za to produkcję “Polak potrzebny od zaraz”. Więcej się spodziewałem po tym obrazie. Niby jako pierwszy porusza problem imigracyjny w Anglii, ale jakoś tak nieśmiało i sztampowo.

Łazienki

Rozbawiła mnie sonda na oficjalnej stronie Urzędu Miasta. Jej autorzy zapytują w niej internautów następująco: “W którym z poniższych miejsc najczęściej wypoczywasz?”. Odpowiedzi nie są najgorsze, ale jedna to istna perełka, gwiazda jaśniejąca, bóstwo nieskalane - “Łazienki”.
Kto na Łazienkach był ostatnimi czasy, ten wie, że wypocząć tam niezwykle łatwo. Można zdobyć górską premię na górze Ferfeta, znanym punkcie alkoholowo-widokowym, pograć w squasha celując w ścianę zarośli, a nawet skoczyć do basenu na twarz, prosto na twarz.
A teraz już poważnie. Z całego tego kompleksu rekreacyjnego niewiele zostało: sala gimnastyczna, boisko bez murawy, schody dawnej przystani kajakowej i kort tenisowy w opłakanym stanie. Resztę pożarł czas, rozkradli złomiarze, zniszczyli wandale. Choćby jednej ławki, jednego pieńka, na którym mógłbym rozłożyć się swoimi pośladkami, nigdy tam nie widziałem, przez co ta rozkosz została moim półdupkom uniemożliwiona.
Już tak kończąc ten przykrótki komentarz. Panie i Panowie z Urzędu Miasta, proszę was, dajcie wreszcie mojej dupie wypocząć na Łazienkach w dogodnych warunkach.

Koncert zespołu Akurat (2 marca, Poznań)

Ostatni raz na koncercie Akuratu byłem trzy lata temu. Co się od tamtej pory zmieniło? Formacja nagrała płytę “Fantasmagorie” i pożegnała się z Tomkiem Kłaptoczem, dotychczasowym wokalistą. Pierwsza zmiana o tyle jest ważna, że publikacji tej specjalnie nigdy nie słuchałem. W całości zapoznałem się z nią bodaj tylko dwa razy i te dwa spotkania raczej mnie zniechęciły do takiego melomaństwa. Druga zmiana to już kwestia, którą najlepiej określi pytanie “podołają?”.

Koncert śmiało umieszczam na półce z etykietą “udane”.
Zacznę od tego, co ostatnio trochę psuje mi zabawę na koncertach. Jest tak, że w gruncie rzeczy starzeję się, o co pretensji do nikogo nie mam. Naturalnym zrządzeniem losu jest, że na koncerty przychodzą ludzie młodzi i młodsi. Ale po ostatnim występie zespołu Happysad, gdzie 80% publiki stanowiły roczniki gimnazjalne, a wśród nich większość okazała się być płcią piękną, fanatycznie usposobioną wobec wokalisty, pozostał pewien niesmak. W skrócie: publika przeszkodziła mi w odbiorze lub zakłóciła ten odbiór na tyle, że wyszedłem trochę niezadowolony z koncertu. I tu całe szczęści zespołu Akurat, który przyciągnął w większości brać studencką i starszą.
Do muzyki zastrzeżeń żadnych nie mam. W większości poprawnie, bujająco i do przodu - a to chyba najważniejsze. Troszkę mogłem poskakać, troszkę poobijać i pouśmiechać. Fajnie! Cała dla mnie magia zespołu i tak pozostaje w tekstach, które opowiadają o rzeczach prozaicznych w sposób nieinfantylny. To na pewno jedna z mocniejszych stron Akuratu i oby tak już pozostało.

Ocena ogólna: do przodu. A to już dobry prognostyk przed kolejnym koncertem, choć pewnie na następny wybiorę się za trzy lata, w myśl zasady, że na naszym rynku muzycznym jest jeszcze kilka zespołów, których warto byłoby posłuchać na żywo.

3. Sześciornica

Ukojenia bólu szukałem nad morzem. Bałtyk, Bałtyk i nic więcej.
Czym prędzej udałem się na plażę, by czym prędzej rozdziać się do samiuśkich kąpielówek i wbiec do wielkiej wody. A w niej od razu zabrałem się za to, czemu poświęcałem się, gdy byłem jeszcze malcem - skoki przez fale. Mniejsze nie przynosiły tej frajdy, co te wysokie, które miotały mną i wyrzucały o kilkanaście metrów w kierunku plaży. W pewnym momencie przyszła jednak fala monstrualna, przeogromna, koszmarna, najgorsza z możliwych, wobec której strach było nawet wyskoczyć, a zuchwałość nikła we mnie galopująco. Bez większego cackania się porwała mnie i uniosła prawie na sam brzeg. Otumaniony chciałem wstać, ale nie wiadomo skąd pojawiła się gruba baba i wepchnęła mnie do wody. Wybity z rytmu doszczętnie ponowiłem swoją próbę podniesienia się, lecz pojawiło się drugie babsko i znów wylądowałem w wodzie. Zorientowawszy się, iż atak ten przeprowadzany jest z premedytacją, próbowałem uciec z tego babiego oblężenia poruszając się na kolanach. Na próżno! Trzecia baba wepchnęła mnie na głębinę, w której zacząłem tonąć. Pół życia mi śmignęło przed oczami, gdy pojawił się wybawiciel, który znalazł lukę między goleniami bab i wyrwał mnie z tej sześcionożnej pułapki. Uwiesiłem mu się na szyję i z ekscytacji zawołałem po trzykroć:
- Mój Ci! Mój Ci! Mój Ci!

2. Albo, albo

Czy mogłem to nazwać zdradą? Rozstrzygnąć tego nie potrafiłem przez długi czas, by ostatecznie jedyne rozwiązanie widzieć w ciągnięciu zapałek. Dobrą godzinę decydowałem się, by dłuższa zapałka oznaczała zgodę na nazwanie. Słowo się rzekło, a napięcie minęło wraz z wyciągnięciem bardziej okazałej zapałki. Skoro los chciał, bym miał możność nazywania, musiałem się teraz zastanowić, czy rzeczywiście dać temu imię “zdrada”, czy też nie. Postanowiłem rzucić monetą,. Tym sposobem kolejną godzinę straciłem na to, by reszce przypisać zdradę. Rzut wykonałem z pedanterią, dbając o to by moneta osiągnęła kilkanaście obrotów w powietrzu. Wypadła reszka.
- To szelma, gnojek, dziwkarz jeden!

1. Inwokac. Ja?

Była to miłość od pierwszego wejrzenia.

Jeszcze chłopięciem, sprzed lat siedemnastu, wszedłem do sali półpełnej, by zacząć na dobre swoją międzyegzystencjalną egzystencję. Poznałem go od razu jako swojego, co lepsza – swojszego od innych. I nie dlatego, że mnie inni nie zainteresowali. Też. Ale głupim dziecięcym uporem wybrał sobie jego i tylko jego, dokładnie w ten sam sposób jak się wybiera tę jedyną zabawkę w sklepie.

Po siedemnastu latach zostawiłem go.

„W dupę hej!” chciałem potem krzyknąć na tę miłość od pierwszego wejrzenia, ale że nie była to miłość od tyłu, to i takie zawołanie odczułem jako wyraźne przeholowanie. Gdybym chociaż wybrał go zachwycając się odsłoniętymi ramionami w piękny letni dzień. Lecz czy mając osiem lat, a tyle miałem, gdy go poznałem, czy można zachwycać się ramionami? Czy gówniarz mojego pokroju, czy gówniarz w ogóle, mógł uczynić ten występek nieprzyzwoity przysługujący dorosłym? Bo gdy miałem osiem lat, w głowie miałem łaciatą piłkę, grę telewizyjną japońskiej produkcji i rower składany jak sąsiad, ksiądz i pan bóg przykazał. Na tym się kończył mój horyzont, za którym czaiło się urwisko straszliwe, przez co i ziemia była płaską, a Kopernik kobietą.

Brokat w oku

autor: Błażej Dzikowski
rok wydania: 2007

“To fascynujący komediodramat z głębokim przesłaniem” - czytam na odwrocie książki. Marketing swoje, a treść swoje. Fascynujący tylko w nielicznych miejscach, bo jeśli już to raczej interesujący i to niekoniecznie na wszystkich stronach. Rzeczywiście komediodramat, skoro mamy gdzieś to zaszufladkować (czy jest to konieczne?). Głębokie przesłanie? Poszalał ktoś. Jeśli już mamy mówić o przesłaniu, to powiedziałbym, że jest płytkie (a może to ja jestem nieczuły?). Mniejsza z tym zdaniem z okładki, daję temu spokój.
Co mnie zatem rozdrażniło? Usilne powoływanie do życia dziwaków. Rozdział 54. “Noc odsuniętych zasłon” - nazwałbym to sztucznym udramatyzowaniem akcji, chyba autorowi zabrakło pomysłu. No i zawiodło mnie zakończenie, zbyt proste i mało wiarygodne po tym wszystkim, co przeszedł główny bohater.
W skrócie: mogło być lepiej.

- Sto razy tłumaczyłem to twojej cioci, a teraz widzę, że muszę przetłumaczyć i tobie. Rodzina jednak czasem męczy - odrzekł. - W sytuacji kolizyjnej linia ciągła jest rzeczą świętą. W każdej innej sytuacji jest kreską, którą robol namalował na jezdni i należy ją traktować tak, jak na to zasługuje. Napada śniegu i gdzie będzie twoja linia ciągła? Pismo obrazkowe jest dobre dla Zulusów i ludzi prostych w rozumie.

Podstron (11): 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 »